Kilkadziesiąt lat wspomnień

Historia Muzoteki zaczyna się wprawdzie 21 lat po powołaniu WBP, ale ze względu na specjalny charakter posiadanych zbiorów, które zmieniają się w miarę postępu technologicznego, jest równie bogata.
Dział, obok atrakcyjnych zbiorów, tworzą oczywiście ludzie, którzy w nim pracują. Z okazji jubileuszu Biblioteki poprosiliśmy byłych pracowników Muzoteki o podzielenie się z Państwem wspomnieniami z czasu tu spędzonego.
Sądząc po ilości nadesłanych historii, praca w Muzotece przywołuje dobre wspomnienia, do których chętnie się wraca.
Dla jednych praca w dziale była świadomym wyborem, dla innych dziełem przypadku, zawsze jednak dawała dużo satysfakcji.
Za wszystkie nadesłane historie serdecznie dziękujemy.
Dziś zamieszczamy relacje Pani Anny B. i Anny R.
Pani Anna B. opisuje, m. in. początki swojej pracy, z iście bibliotekarską charyzmą dokumentując je autentycznym listem z tego okresu.
Anna R. niezwykle plastycznym opisem Muzoteki sprzed dwudziestu lat, przenosi nas w analogowy świat kart bibliotecznych, papierowych katalogów i innych bibliotecznych artefaktów.
„Mój drugi dom”, Anna B.
Jak opowiadam o swojej pracy zawodowej, to zawsze mówię, że czuję się spełniona w tej dziedzinie życia. Wybrałam pracę w bibliotece, gdyż czułam, że tu będzie moje miejsce zgodne z oczekiwaniami.
W liście do przyjaciółki pisałam, jak to się stało:
Bożenko, 17.11.82 r.: […] „Więc piszę do Ciebie, bo u mnie zmiana. Od 2 listopada podjęłam pracę, wiesz gdzie?... w bibliotece. Nie wiem na ile na tę decyzję wpłynęły nasze rozmowy o pracy w bibliotece, które wiodłyśmy w Kętrzynie. Stało się to nagle, decyzja przyszła z dnia na dzień. Wracając z Piotrusiem z miasta, szliśmy sobie do Nagórek pieszo. Czułam się wówczas pogodnie i w nastroju do załatwiania spraw. Widząc duży napis „Biblioteka” na ścianie domu, zdecydowałam rozpytać się tam o pracę, tym bardziej że Stefan kiedyś informował mnie o tym, że jakoby jest tu wolne miejsce.
Wprawdzie okazało się, że w bibliotece na Nagórkach wolnych etatów nie ma, ale pani poradziła mi, żeby zgłosić się na Kołobrzeską. Ponoć tam mieli mieć pół etatu wolnego. Więc na drugi dzień poszłam dowiedzieć się „jak i co” i o dziwo, bez żadnych trudności zostałam przyjęta jako pracownik Działu Zbiorów Specjalnych na etacie bibliotekarza Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej.
Pamiętam, że pan dyrektor odesłał mnie do kierowniczki p. Sabiny, która na koniec rozmowy kwalifikacyjnej spytała mnie, czy palę? Nie paliłam… i to było chyba tą przysłowiową „kropką nad i”, że pasowałam do działu.
Z pierwszego dnia pracy zapamiętałam p. Elwirę, która była dla mnie bardzo serdeczna i zaproponowała powitalną herbatkę z konfiturami własnego wyrobu.
Z p. Elwirą zetknęłam się już wcześniej, gdy jako świeżo upieczony magister wychowania muzycznego przyszłam do biblioteki szukać 36 głosowego kanonu Palestriny „Deo gratias”. Pamiętam, że p. Elwira odesłała mnie do katalogu, a ja oczekiwałam, że nagranie zostanie mi podane na przysłowiowym talerzu. Zapamiętałam tę scenkę pewnie dlatego, że dziwiłam się, iż może być kanon napisany na tyle głosów.
Gdy już podjęłam, pracę w Dziale Zbiorów Specjalnych sama instruowałam innych użytkowników, jak poruszać się po katalogu. Z pierwszych dni pracy pamiętam moment, jak stoję przy skrzynkach katalogowych i włączam kartki opisujące zbiory a czas mi się strasznie dłuży. Stopniowo przyzwyczajałam się jednak do ośmiogodzinowego rytmu pracy. Potem przez lata uzupełniałam katalog, tworząc także nowe hasła. Mogę powiedzieć, że nawet się z nim zrosłam. Toteż kiedy weszła komputeryzacja i katalog kartkowy wyszedł z użycia, rozstałam się z nim z przykrością. Polubiłam bowiem fizyczne buszowanie w szufladkach mebla katalogowego.
Fot. Archiwum prywatne |
Już czas pracy mi się nie dłużył, gdyż moje zadania stawały się coraz bardziej różnorodne. Pełną satysfakcję osiągnęłam, pracując w ramach dyżurów Wypożyczalni muzycznej działu Zbiorów Specjalnych. Tu ceniłam sobie kontakt indywidualny z czytelnikami, co odpowiadało mojej osobowości. Do wypożyczalni muzycznej oprócz uczniów szkoły muzycznej i studentów kierunku wychowanie muzyczne, przychodzili także zawodowi instrumentaliści, dyrygenci, wykładowcy, redaktorzy. Aż uknułam sobie powiedzonko, że wcześniej czy później, ale w końcu każdy muzyk trafi do nas. Niektórzy czytelnicy chętnie się otwierali, należało poświęcić im czas. Trafiłam kiedyś w jakiejś książce na piękny fragment mówiący o tym, że prawdziwy bibliotekarz to bibliotekarz terapeuta. W pełni podzielam tę myśl. Czytelnicy odwdzięczali się za pomoc uśmiechem, dobrym słowem, kwiatami… szczególnie jeżeli udało się im pomóc rozwiązać problem, a takim było m.in. dobieranie muzyki do prezentacji filmowych. Z kontaktów z użytkownikami rodziły się czasem bliższe sympatie.
Przechowuję otrzymane w darze od bardzo sympatycznego starszego Pana Jana,
Zdarzały się również zabawne historie. Wspominam starszego pana, który był niezwykle serdeczny.
Pan jednego razu wyjął zza pazuchy owinięty w gazetę pakunek, w którym były wędzone żeberka i którymi chciał nas poczęstować…. Przez co otrzymał u nas ksywę „Żeberko”.
Przez 27 lat pracy nazbierało się wiele niezapomnianych wspomnień. Może wykorzystam szansę, by jeszcze raz podziękować moim koleżankom i kolegom z pracy, a szczególnie z działu, z którymi ”jechaliśmy na jednym wózku” i z którymi bardzo się zżyłam. Bo praca – ta praca to był mój drugi dom, który czasami mi się śni.
Fot. Archiwum prywatne
Anna R., praca w Muzotece w 2000-2001 r.
Swoją już ponad 20-letnią pracę w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie zaczęłam właśnie w Muzotece – choć wtedy był to jeszcze Dział Zbiorów Specjalnych. I tam, od razu po zakończeniu studiów rozpoczęłam moją wielką przygodę z biblioteką, jej zbiorami (tak bardzo zróżnicowanymi i licznymi), no i przede wszystkim z czytelnikami. Jako stażystka, a przede wszystkim jako człowiek, który do tej pory miał do czynienia z biblioteką jako właściwie wyłącznie miejscem do wypożyczania książek, uczyłam się wszystkiego od podstaw od ówczesnej kierowniczki działu, jak też od bardziej doświadczonych koleżanek. (Bo praca bibliotekarza składa się z mnóstwa czynności, wśród których samo wypożyczanie to tylko jeden z punktów). Dla młodej osoby również samo wejście w tryb regularnej pracy w nowym miejscu, z nieznanymi dotąd czynnościami i nabywaniem umiejętności funkcjonowania w grupie to niezwykłe doświadczenie, bardzo cenne. A przy tym – można już tak powiedzieć (właściwie nawet z nostalgią) – to były inne czasy. Komputery w WBP oczywiście już były, ale – w tym konkretnym dziale – stanowiły raczej elektroniczny katalog, nie były więc podstawowym narzędziem naszej pracy. Wtedy jeszcze posługiwaliśmy się „prawdziwymi” papierowymi kartami katalogowymi, które trzeba było wypełniać na maszynach do pisania, czytelników zapisywało się na specjalnych drukach i każdy z nich miał własną kopertkę w wielkim ciągu umiejscowionym w drewnianej ramie przed stanowiskiem bibliotekarza. Jednocześnie również każda książka, każda płyta, wszystko, co było zasobem bibliotecznym, miało swoją kartę, więc co dzień wypełniania maszynowego i ręcznego było co niemiara. Niezwykle przyjemna była dla mnie praca z arcyciekawymi zbiorami Muzoteki: jako bibliotekarka mogłam przesłuchać dosłownie każdą płytę (zarówno CD jak i analogową) i muszę przyznać, że tak naprawdę właśnie wtedy weszłam w świat muzyki, czyli swojej obecnej pasji, na serio. Najbardziej fascynowało mnie odkrywanie nowych gatunków muzycznych, albo muzyki z różnych stron świata podczas codziennego porządkowania ciągów płyt. W Muzotece również funkcjonowały i funkcjonują
do dziś tzw. książki mówione. Obecnie są oczywistością, choć raczej znaną pod nazwą audiobooki, ale wówczas wcale tak nie było, i stanowiły bardzo cenną usługę, jaką oferowała nasza biblioteka, zwłaszcza ludziom niewidomym. Książki mówione ponadto swoją formą niezwykle różniły się od obecnych płyt CD, czy plików mp3, mp4 i innych. To były – czasem bardzo długie – ciągi kaset magnetofonowych, gromadzonych w specjalnych kartonowych pudełkach ze starannym opisem, jaką powieść, reportaż lub dramat zawierają. No, bo wyobraźmy sobie np. „Ogniem i Mieczem” – i na ilu kasetach mieściła się taka cegła, skoro przeciętna kaseta stanowiła, powiedzmy, godzinę odtwarzania. Pamiętam też te wielkie akcje (choć naprawdę to była oczywiście typowa praca bibliotekarska i dzień jak co dzień), kiedy któryś z naszych niewidomych czytelników, albo jakaś organizacja, albo biblioteka w innym mieście oddawały po kilkanaście, kilkadziesiąt takich pudeł, i wypożyczało im się – tzn. były zawożone - w wielkich torbach z materiału inne pudła, które wcześniej skrupulatnie zapisywało się na kartach wypożyczeń. Trzeba było oczywiście sprawdzać te nieprzeliczone kasety, gdyż taśmy były delikatne i łatwo się rwały. Bardzo lubiłam pracę w Muzotece: możliwość obcowania z muzyką, szansę doradzania czytelnikom w kwestii doboru i po prostu rozmów z nimi – bo do tego działu przychodziło zawsze wielu ludzi również po to, żeby po prostu miło porozmawiać.
Jutro kolejne wspomnienia Pani Joanny B., Ani H., Joanny S., Basi S.i Oli W., pojutrze wieloletniej kierowniczki, Pani Magdaleny S.
<3
OdpowiedzUsuń